Ruch to życie. Życie to proces.
Popraw jakość procesu,
a poprawisz jakość życia.”

Moshé Feldenkrais

Terapeutyczne działanie
metody Feldenkraisa

Ewa Paszkowska - Demidowska

Ruch jako kod dostępu do mózgu. Być może jedyne dostępne nam narzędzie do nieustannego samorozwoju, samodoskonalenia się a więc i samonaprawy. Ale żeby ruch mógł działać w ten sposób, musi być wykonywany ze świadomością zmian jakie w nas zachodzą. I to nie tylko na poziomie intelektualnym – wiem jak to funkcjonuje i co się ze mną dzieje kiedy robię określony ruch – ale na poziomie sensorycznym, emocjonalnym, na poziomie naszej podświadomości i najgłębszych poziomów nieświadomości. 

Ruch  małego palca prawej stopy wykonany nie po to aby wydatkować energię albo poruszyć skarpetką na stopie, tylko wykonany po to, aby poczuć, że jest się tym palcem i tą stopą i aby móc zarejestrować całą lawinę zmian jakie zachodzą w mikrosystemie, którym jesteśmy. Na wszystkich jego poziomach począwszy od tego co możemy rejestrować świadomie, aż do zmian które dzieją się na powierzchni błony komórkowej każdej poszczególnej  komórki naszego  ciała. Bo ruch rezonując powoduje zmiany nie tylko w obrębie mechaniki i chemii naszego mikrosystemu, ale być może jest to rezonowanie z mocą zmieniania naszego DNA. Wykonyjąc ruch rezonujemy, oddziałowujemy również na świat zewnętrzny, wpływając na inne mikrosystemy a więc jest narzędziem nie tylko do nieustannego zmieniania nas samych, lecz również do oddziaływania na świat wokół nas. Siłą rzeczy także my podlegamy wszystkim zmianom które zachodzą na zewnątrz.

Ruch w potocznym rozumieniu to ruch celowy – a więc sytuacja, gdzie ruch sam w sobie jest nieistotny – bo nasza uważność skierowana jest na cel . Ważny jest cel dla któego go wykonujemy. 
Ruch staje się wtedy tylko środkiem. Nawet jeśli jest to trening sportowy, albo gimnastyka korekcyjna- ruch jest środkiem do zwiększenia naszego potencjału ruchowego , zwiększenia wydolności. Podobnie jest z ruchem, który wykonujemy nie uzmysłąwiając go sobie. Czytasz ten tekst, poruszasz gałkami ocznymi – a więc mięśnie wykonują pracę , ale ty tej pracy nie rejestrujesz, tak jak nie zauważasz ruchu warg, języka…, to wszystko dzieje się automatycznie – tak wykonywany  ruch jest ruchem utrwalającym,wzmacniającym a być może usztywniającym czy wręcz uszkadzającym twoje schematy i nawyki ruchowe, twoje wyobrażenie i poczucie tego kim jesteś. Terapeutyczną moc zmiany ma ruch wykonywany nie po coś, ale ruch który staje się  „pretekstem” do moderowania, zmieniania, nieustannego rozwijania siebie.

Ruch  wykonany świadomie staje się jedynie pretekstem bo celem jest czucie siebie  bardziej. Nieustanne uczenie przez rozpoznawanie siebie na róznych poziomach w trakcie jego wykonywania. Ruch zamienia się w narzędzie do wkodowywania przez nas samych nowych danych o nas samych  w naszym mózgu. Tak jak robiliśmy to od pierwszych chwil naszego życia.  A ponieważ już nie jesteśmy dziećmi, mamy określone  nawyki ruchowe,utrwalane i niezmieniane od lat,  napięcia, spastyki i uszkodzenia – więc powolny ruch zamienia się w terapie. Najpierw w narzędzie do zdiagnozowanai siebie, rozpoznania na metapoziomie gdzie jest uszkodzenie, skąd idzie ból, jakiego użyć napięcia żeby ruch popłynął miękko zamiast szarpiącego bólowego spastycznego ruchu, a póżniej w lekarstwo. Lekarstwo czyli proces dezintegrowania, wygaszania starego nawyku ruchowego i   integrowania a więc tworzenia  w to miejsce nowego. Żeby życie nie bolało.
Podobne a może nawet większe oddziaływanie ma ruch który tylko odczuwamy, bez konieczności świadomego wykonywania go. A wiec ruch wykonywany przez nauczyciela (terapeutę) który porusza naszymi kośćmi a my go jedynie odczuwamy i rejestrujemy jego moc nanoszenia zmian na wszystkich poziomach naszego jestestwa.

Ale żeby to się mogło wydarzyć, ważne jest jak i po co nauczyciel porusza nami. Dlaczego wprawia nasze ciało w ruch. Jeśli będzie to robił w celu naprawienia nas, skorygowania, zmienienia nas, dopasowania  naszego ciała do swoich  wyobrażeń o tym  kim powinniśmy być i jak powinniśmy się poruszać  – wtedy to działanie będzie inne. Istnieje ryzyko, że  nasz układ nerwowy może to rozpoznać  jako atak, formę niechcianej ingerencji i uruchomi działania obronne. Wtedy działanie może być odwrotne do zamierzonego. zamiast poprawy będzie pogorszenie. W wypadku porażonego mózgu – reakcją może być zwiększenie spastyczności i nasilenie ruchów bękarcich.
Jeśli nauczyciel  porusza naszym ciałem, a ruch który wykonuje jest tylko pretekstem – i jeśli robi to jedynie po to,  żeby dać nam możliwość byśmy poczuli siebie, tego kim jesteśmy i jak się zmieniamy na każdym jego etapie. 

Żebyśmy mogli rozpoznać co  dla nas jest dobre a co nas uszkadza , kiedy pojawia się w nas uczucie dobrostanu a kiedy znika czy wręcz przechodzi w dyskomfort albo ból. Jeśli w trakcie takiej lekcji, dotyku nie rozpoznamy jako zagrażającego tylko jako wzmacniający i rozwijający – to taka lekcja jest początkiem procesu do samonaprawy. Układ nerwowy żeby móc nanieść zmianę musi wiedzieć czego ma szukać. Lekcje są właśnie po to, żeby układ nerwowy rozpoznał i wiedział czego szukać żeby poprawić jakość życia „gospodarza”. Bo on jest mądry a instynkt przetrwania jast nadrzędną jego zasadą. Lekcje są również po to by nasz  układ nerwowy / a więc my na poziomie każdej komórki naszego ciała / mogli rozpoznać, oddzielić to, co nasze od tego co  zostałao nam narzucone w procesie rozwoju.  To co nam potrzebne – od tego co już tylko nas usztywnia i uszkadza.
Tak prowadzony ruch staje się dla naszego mózgu tym, czym latarnia morska  jest dla zagubionego statku na morzu.

Jeśli układ nerwowy rozpozna i zarejestruje, że ciało nie musi boleć a ruch może dziać się bez wysiłku – wtedy będzie wiedział czego szukać. Ale żeby móc szukać – musi wiedzieć że to jest możliwe. A więc ruch jak światło w tunelu – żeby mózg  wiedział czego szukać. Początkiem procesu samonaprawczego, samorozwojowego, samouzdrawiającego. Proces wymaga czasu,czasem  wymazania starych danych o nas samych i zintegrowania nowych wiadomości o tym, kim jesteśmy a raczej kim nieustannie stajemy się. To proces nieustannej dezintegracji i integracji – ale to co się potem pojawia w nas – czy to na poziome innej organizacji ruchu czy emocji – to jest to nasze własne, wypływa to z naszych trzewi i naszego środka.  A nie dane nam, narzucone czy wkodowane w nas w procesie terapii. Tak działa metoda. Jest to dostępne nam wszystkim, niezależnie od naszego miejsca na osi czasu  życia na której nieustannie jesteśmy. 

Moshé Feldenkrais

Oleg Pawliszcze

Napisano na jego temat wystarczająco wiele not biograficznych, by powielać je na tej stronie. Niech nam wystarczy wiedza o tym, że ten syn drwala i wnuk po kądzieli znanego cadyka rozpoczął swoją drogę życia od narodzin na terenie dzisiejszej Ukrainy w roku 1904, a zakończył ją w Tel Awiwie 1984 roku. Jego 80 lat życia mogły by być nazwane życiem porównywalnym do mistyków i wizjonerów, to jednak stworzyłoby wokół niego nimb cudotwórcy i mistrza, który był takim z racji swych niedoścignionych właściwości. Szczerzę wątpimy, by sam bohater tej noty miał ochote dźwigać tyle spiżu na wspomnieniu o sobie, zważywszy na treść swojej pracy, tej z niezliczonych jego aktywności, z przyczyny której przemawiamy teraz do Was i istniejemy, jako praktycyNapisano na jego temat wystarczająco wiele not biograficznych, by powielać je na tej stronie. Niech nam wystarczy wiedza o tym, że ten syn drwala i wnuk po kądzieli znanego cadyka rozpoczął swoją drogę życia od narodzin na terenie dzisiejszej Ukrainy w roku 1904, a zakończył ją w Tel Awiwie 1984 roku. Jego 80 lat życia mogły by być nazwane życiem porównywalnym do mistyków i wizjonerów, to jednak stworzyłoby wokół niego nimb cudotwórcy i mistrza, który był takim z racji swych niedoścignionych właściwości. Szczerzę wątpimy, by sam bohater tej noty miał ochote dźwigać tyle spiżu na wspomnieniu o sobie, zważywszy na treść swojej pracy, tej z niezliczonych jego aktywności, z przyczyny której przemawiamy teraz do Was i istniejemy, jako praktycy i terapeuci. i terapeuci.

Człowiek renesansu, rozwijający swoją działalność naukową i fizyczną w epoce nieludzkich wojen prowadzonych na skalę przemysłową. Uczeń Marii Skłodowskiej – Curie, Jigoro Kano i innych osób, które dziś obrosły w marmur, zdawał się osiągnąć wiele, często trudnych do połączenia w jednym życiu rzeczy. Idąc iście platońskim ideałem rozwoju „kalos-kagatos” (piękny [silny] i mądry) Moshe dotykał potencjałów w jednej i drugiej dziedzinie, zdobywając tytuł inżynierski, rozwijając nitkę wynalazczości w dziedzinie fizyki, równolegle czyniąc ze swojego ciała doskonalący się pojazd i broń, poprzez zgłębianie ju-jutsu i judo od samego założyciela tej ostatniej sztuki walki.

Uczyć się jest
lepiej, niż leczyć.”

Moshé Feldenkrais

Wielu obrasta w kanapę usłaną laurami w połowie tego, czym nasz bohater zajmował się mając ledwie trzecią dekadę na karku, nie wykazując przy tym żadnych zamiarów zatrzymania rozwoju. Jego „niepokój” twórczy wiązał się jednak z czymś, co stało się zwieńczeniem jego pracy i życia, wykazując jakość, która okazała się czymś tak nowatorskim, jak oczywistym i zapewne przez to do jego czasów niezauważonym. By jednak tak się stało, lot ku górze Moshe musiał zostać zakłócony upadkiem, by mógł zwrócić swoją uwagę na źródło wszystkich odkryć – siebie. W jego przypadku była to kontuzja kolana, uniemożliwiająca mu trening sztuk walki, generująca punkt zatrzymania w jego galopie rozwoju na wielu polach. Fakt, że to właśnie ciało pierwsze dostarczyło mu niezbędnego punktu skupienia, zadecydowało o tym, że z szerokiej ławy swoich aktywności ów Da Vinci XX wieku skupił sie przede wszystkim na tym, czego mu najbardziej zaczeło brakować – na motoryce.

W sposób dotychczas niespotykany (lub zapomniany) na Zachodzie, zaczął on zauważać w jakim stopniu metody rehabilitacji oparte na tresowaniu ciała poprzez częstokroć bolesne i interwencyjne sposoby, zadziwiająco ignorujące naturalną wektorykę generowania ruchu, są same dla siebie przysłowiołym strzałem w stopę, powodując, że rezultaty leczenia okupione były ilością energii i cierpienia, które czyniły zeń dla ciała stymuł zachęcający do ucieczki z aktywności, raczej niż do jej kontynuacji i pogłębiania.

Jako jeden z pierwszych w naszej części świata, Moshe dostrzegł również totalność ludzkiej istoty. Fakt, że cokolwiek robi się z człowiekiem z jednej jego strony, ma to reperkusje na całą resztę, a podnoszenie świadomości jednej funkcji w całości człowieka, powoduje podnoszenie świadomości innych aspektów. Odczarowało to w jego wykonaniu dotychczas pielęgnowane przekonanie, że człowiek jest w swym potencjale fizycznie, psychicznie i intelektualnie dość bezforemną i niezbyt mądrą istotą i dopiero odpowiednio wyreżyserowana ingerencja z zewnątrz, staranna i odpowiednio kontrolowana, jest w stanie „zabezpieczyć” jego prawidłowy rozwój.

Owa ingerencja musiała być, w świetle takiego przekonania, swoistym gwałtem na tej bezforemności. Niczym cęgi i młot wobec żelaza. Materiałoznawcze doświadczenie Moshe, jako fizyka pozwoliło uchronić go jednak przed bezpośrednim wdrożeniem kowalskiej alegorii do materii pracy z człowiekiem, poprzez jego ciało i jego… inteligencję. Droga, którą poszedł rzuciła więcej światła na szacunek do tego, co inne metodyki wolały poddawać uplastycznieniu, naruszając w ten sposób zakodowaną w tym informację. Szacunek do mądrości ciała, ruchu, struktury jego fundamentu, czyli szkieletu ludzkiego.

Zmiana wektora nastawienia wobec ciała i całego człowieka, nieuchronnie zmieniło również odzew tego, co zostało tym nastawieniem potraktowane. Człowiek okazał się bowiem sam dla siebie dotychczas nieznaną skarbnicą samonaprowadzających się rozwiązań i nieustająco rozwijającym się systemem – jeśli mu na to pozwolić, jeśli dać mu przemówić. Gwałtownym i ingerencyjnym metodom, Moshe przeciwstawił zaufanie do natury tego, co przez umysł człowieka postrzegane jest jako problem – niepełnosprawności, schorzenia, ograniczeń motorycznych, dyskomfortu. Zaufanie to zaowocowało wiedzą o tym, w jaki sposób „problemy” te funkcjonowały całe lata jako komunikaty nadawane w języku, którego adresat nie umiał, lub nie chciał odczytać.

Otworzyło to rozlewisko możliwości, w którym każda choroba, lub ograniczenie neurologiczne, anatomiczne, czy intelektualne / umysłowe mogło zostać użyte natychmiast jako komunikat do uzyskania komfortu i funkcjonalności. Co interesujące, odbywało się to drogą bezwysiłkową, bezbolesną, opartą na trzymaniu się przyjemności, jako pochodnej i weryfikatora skuteczności pracy. Przyjemności procesu, nie przyjemności rezultatywnej, poprzedzonej gehenną bólu. Bólu, którego rehabilitowane dzieci cierpiące na porażenie mózgowe, czy autyzm w żaden sposób nie potrafiły zrozumieć, co następnie blokowało je na szybszy postęp w integracji.


To, co stało się rewolucyjną zmianą w podejściu do rehabilitacji
i pracy z człowiekiem po pojawienu się Dr Moshe
Feldenkraisa, to:

  • Zmiana dostrzegania zjawiska problemu, który z przeciwnika, lub wroga stał się posłańcem, zakodowaną wiadomością człowieka do siebie samego, a więc przyjacielem. Zmiana dostrzegania zjawiska problemu, który z przeciwnika, lub wroga stał się posłańcem, zakodowaną wiadomością człowieka do siebie samego, a więc przyjacielem.
  • Przestawieniem priorytetu skupienia z efektu, na proces. Przez to, to co możliwe, stało się jednocześnie tym, co jest nagrodą samą w sobie zarówno w umyśle terapeuty, jak i pacjenta.
  • Nastawienie na komfort i przyjemność w pracy, w naturalny sposób skierowały narzędziowość terapeutyczną na ergonomię, pozwalając nie uszkadzać się dodatkowo w pracy ani pacjentom, ani rehabilitantom.
  • Szacunek do wyjściowego potencjału, a zatem zejście rehabilitanta z piedestału kowala przekuwającego „wadliwą” materię w coś „prawidłowego” i stanie się przezeń uczniem pacjenta, zwracając mu tym samym elementarną, ludzką godność.

W tak krótkiej notce, będącej wprowadzeniem do metody pracy będącej treścią naszej aktywności i pasji, jak też do osoby jej twórcy trudno podjąć wszystkie pasjonujące wątki życia i „zwyczajnego geniuszu” Moshe Feldenkraisa, być może dlatego wolimy skoncentrować się na tym, co ów geniusz odkrył, a mianowicie, na mądrości zawartej w ciele człowieka, w materii i w ruchu. Odkrycie tyleż proste, co karkołomne. To odświeżające i optymistyczne przesłanie zdejmuje nam na samym początku drogi sakwę kamieni, które dotychczas zakładaliśmy sobie w postaci wysiłkowego antagonizmu wobec własnej osoby i własnej fizyczności, sądząc, że to jedyna droga do funkcjonalności.

Jak jednak odkrył Feldenkrais, to przyjaźń i zaufanie wobec siebie i własnej inteligencji wyjściowej, wola słuchania jej i pokora wobec tego, czym jesteśmy są czynnikami powodującymi, że ta funkcjonalność jest nie tylko osiągalna, ale też przyjemna, elegancka i długowieczna.

Metoda Feldenkraisa

Alan Questel

Metoda Feldenkraisa to unikalne podejście do doskonalenia, rozwoju i odzyskiwania sprawności ludzkiej. Jest to terapia bez terapii. To podejście opierające się na uczeniu się, mające szerokie zastosowania w problemach neurologicznych, szkieletowych i mięśniowych.

Należy zrozumieć, że uczenie się, o którym tu mowa nie jest typowym rodzajem uczenia się. Nie polega ono na zapamiętywaniu słów, to nie są techniki uczenia się mające mieć zastosowanie do konkretnych warunków. Jest to uczenie się, które odbywa się poprzez doświadczanie. Oparte na niepowtarzalności każdej jednostki, niezależnie od zdiagnozowanej dlań dolegliwości. Jest to uczenie się prowadzące do samodoskonalenia i samouzdrawiania, podczas którego jednostka jest w stanie generować i utrwalać zmiany w sobie samodzielnie.

Metoda została stworzona przez Dr. Moshe Feldenkraisa. Fizyka, inżyniera, matematyka, piłkarza i jednego z pierwszych ludzi Zachodu, który uzyskał czarny pas w Judo. Jako, że medycyna niewiele mogła zaradzić w rehabilitacji jego uszkodzonego kolana, Dr. Feldenkrais zrobił z siebie swoje własne laboratorium. Poprzez samobadanie i naukę, rozwinął metodę dający systemowe zrozumienie tego jak układ nerwowy otwiera drzwi do samodoskonalenia w nas samych, w sposób nieinwazyjny i ciągły.

  • 1 /
  • 2 /
  • 3 /
  • 4 /
  • 5 /
  • 6 /

Jak możliwa jest terapia bez terapii?

Wszystko zależy od pryzmatu, przez który postrzega się trudność. Tradycyjne, terapeutyczne punkty widzenia patrzą na „problem” jak na coś do poprawy. Praca ta działa często dość skutecznie, by przenosić to potem do innych wyzwań. A co zrobić, gdy to nie działa? Nazbyt często wówczas pacjent obwiniany jest za pasywność, opór, odejście od zasad pracy. Nie jest to zbyt sprawiedliwe wobec osoby potrzebującej, jak też wobec specjalisty, który z nim pracuje. Rzecz jasna, czyni się tak mając u podstaw najlepsze intencje, zamyka to jednak drzwi do osiągnięcia głębszego zrozumienia i odkryć, które mogłyby pomóc. Niektórzy potrafią wyzdrowieć ponad stan oczekiwany przez lekarzy i terapeutów. Skąd taka możliwość?

Na tym polegał geniusz Dr. Feldenkraisa. W jego podejściu, starał się on zrozumieć jak działa uczenie się, jako jedna z ważniejszych funkcji naszego układu nerwowego, w jaki sposób pobiera i przetwarza informacje. Układu, który podłączony jest nie tylko do układów wewnątrz nas, ale również do zewnętrznego świata. Działamy jak system, w którym żadne z miejsc nie może być nazywane „problemem”, bez wzięcia pod uwagę reszty jaźni / osoby i środowiska , w którym ona istnieje.

Punkt ciężkości przesunięty jest tu na paradygmat uczenia się. Stanowi on kontekst, poprzez który trudność dostrzegana jest jako element twórczy wobec sytuacji, podczas których pobierane są i użytkowane nowe informacje, w celu tworzenia nowych form działania. Część tego przesunięcia leży w zdolności zrozumienia jak działa ów układ. Jak odbywa się uczenie się i jak nieprzewidywalne są jego drogi. W rozumieniu jak małe zmiany mogą z czasem prowadzić do wielkich transformacji. Jej skuteczność leży w jej włączającym charakterze, przeciwstawnej sile wobec wykluczenia.

Jest to interakcja z kimś, nie oddziaływanie na kogoś. Większość pomyśli, że w tej metodzie pracuje się „z kimś”. Jednak jak w zasadzie nieoznaczoności Heisenberga, obserwator wpływa na eksperyment poprzez własną uwagę. W dalszej części tego tekstu postaram się to przybliżyć.

Metoda jest raczej środkiem do odkrycia potrzeb jednostki, niezbędnych do rozwoju, niż stosowaniem przepisu, lub techniki na danej osobie.

Poprawa, rozwój i odzyskanie sprawności

Nazbyt często poprawa zdrowia, rozwój i odzyskanie sprawności postrzegane są jako odrębne rzeczy, potrzebujące odmiennych dróg. Jednak wszystkie ludzkie funkcje mają pewne wspólne cechy. Jako ludzie, myślimy.. czujemy.. odczuwamy. I poruszamy się. Te aspekty naszej tożsamości są zawsze obecne, pomimo iż jeden z nich zawsze bardziej wysuwa się w przód. Dostęp do myślenia może być rzeczą skomplikowaną. Jednak dostęp do naszego sposobu poruszania jest natychmiastowy i konkretny i stanowi on podstawę naszych interakcji. Na tym polegał geniusz Dr. Feldenkraisa, wskazujący w jaki sposób ruch jest elementarną rzeczą wobec wszystkiego co czynimy.

Ruch to życie; bez ruchu życie jest nie do pomyślenia.”

Moshé Feldenkrais

Zastosowania metody są szerokie. Przez wielu używana do samoleczenia, znana jest bardziej ze swej skuteczności w pomocy osobom z ograniczeniami ruchowymi, podnoszącymi się po wypadkach i chorobach neurologicznych. Udowodniła ona swoją skuteczność w pracy z dziećmi z neurologicznymi i ruchowymi ograniczeniami.

Bardziej osobiście

Dr. Feldenkrais wierzył, że jeśli coś nie ma wymiaru osobistego, to nie warto tego rozwijać. W istocie trening mający z osoby uczynić nauczyciela metody Feldenkraisa jest skrajnie osobisty. Osoba w tym procesie zrozumieć musi jak używa i organizuje sama siebie, by móc skuteczniej pracować z innymi.
Oto przykład. Jeśli siedzisz, wstań i usiądź kilka razy i poczuj jak to robisz. Teraz zrób to znowu przytrzymując ciasno swój brzuch. Czy czujesz jak przytrzymywanie brzucha oddziaływuje na Twoja czynność wstawania i siadania? Będąc dotykanymi, tworzymy interakcje z innymi i nami samymi bez uświadamiania sobie tego, a to wpływa na jakość dotyku i jak ta osoba na ten dotyk reaguje. Aby móc czuć osobę „jaśniej”, należy najpierw „jaśniej” poczuć siebie.

Kiedy poproszono mnie o napisanie tego artykułu, chciałem po prostu podać czytelnikowi krótki przegląd metody Feldenkraisa. Ale teraz widzę, że właśnie sposób w jaki ująłem to w tej części tekstu pozwoli wam uzyskać więcej treści i sensu. Wiele lat temu organizowałem warsztaty wizerunku osobistego. Poza wieloma refleksjami, ujrzałem jak bardzo moje samopostrzeganie było oparte na tym jak siebie lubiłem, lub nie. Po latach badania tego odkrycia, zdałem sobie sprawę, że w tej pracy chodzi o pomaganie ludziom, by bardziej siebie lubili. A robię to poprzez metodę Feldenkraisa. Pomaganie innym funkcjonować lepiej, odczuwać mniej bólu, uczyć się rzeczy, których wcześniej nie potrafili, być milszymi dla siebie, to wszystko wynika z lubienia siebie bardziej.
To ważne dla nas wszystkich, a w pracy z dziećmi, to najważniejsze.

Uczyć się jak używać i organizować siebie samego, aby móc skuteczniej pracować z innymi, oto trening metody Feldenkraisa, który zawiera się w minimum 800 godzinach. Uczy się go w ramach profesjonalnego programu treningowego, na terenie całego świata, zgodnie z ogólnie uznanymi zasadami.

Wewnętrzna mądrość

Ptaka nie trzeba uczyć latania, wystarczy otworzyć mu klatkę, czasami trzeba poczekać, aż odrosną mu lotki, albo wyleczy połamane skrzydło… wszystko co potrzeba do wzbicia się w powietrze posiada od początku. … Czasami nie odleci…. to wtedy, kiedy uszkodzenie w obrębie struktury jest uszkodzeniem trwale uniemożliwiającym mu latanie…

Najlepsze co możemy zrobić dla ptaka, to stworzyć mu warunki do adaptacji, doskonalenia tych umiejętności które juz posiada, do doskonalenia ich tak bardzo że przerobi je w umiejętności coraz bardziej samodzielnego życia, żeby stawał się coraz bardziej zintegrowany i kompletny w nowych dla siebie warunkach. Podobnie dziecko. Potrzebuje jedynie czasu, żeby samo zaczęło podnosić głowę, rolować się, siadać… aż będzie gotowe do spionizowania się i chodzenia. Łatwiej i szybciej się tego uczy jeśli jest miłość i akceptacja. Wtedy nie boi się podejmować coraz to nowych prób. Aż do skutku. A kiedy pojawi się jedna umiejętność, doskonali ją tak długo, aż pojawi się coś nowego. Sztukę oddychania i ssania przerabia w sztukę wydawania dźwięków i podnoszenia głowy. Najpierw chaotyczne, a z czasem coraz bardziej celowe ruchy rąk i nóg pomagają mu w tym. Układ nerwowy rozpoznaje zmiany zachodzące w całym szkielecie wraz ze zmianą kierunku ruchu. Uczy się i zapamiętuje, integruje i dzięki temu pojawiają się coraz to inne umiejętności.

Żeby to było możliwe, układ nerwowy musi nauczyć się rozpoznawać bodźce związane z ruchem i położeniem ciała. I tę wiedzę zintegrować z wiedzą, jaką ma o sobie samym dzięki rozpoznawaniu bodźców płynących z wnętrza ustroju i bodźców płynących ze świata zewnętrznego. Dzięki temu tworzy się nasze poczucie siebie. Propriocepcja – bo tak nazywa się zmysł umożliwiający nam odbieranie bodźców związanych z ruchem – daje nam możliwość czucia siebie. Dzięki temu czujemy nasze ciało jako coś integralnego z nami, jako siebie samych. Wiedza o nas samych, o tym kim jesteśmy, a raczej kim nieustannie się stajemy jest tak oczywista i automatyczna, że zazwyczaj w ogóle się nad tym nie zastanawiamy. Po prostu korzystamy z tego żeby doskonalić to, co już posiadamy, albo odwrotnie niepostrzeżenie wytracać i zmniejszać swój potencjał. Bo w przyrodzie jest tylko rozwój albo regres – stagnacja czyli coś co odbieramy jako naszą naturę, paradoksalnie nie istnieje.

Czasami na skutek traumatycznego wydarzenia, lub choroby dochodzi do uszkodzenia układu nerwowego. Wtedy niemożliwe jest nauczenie dziecka chodzenia, jeśli ono nie rozpoznaje, że ma dwie nogi. Bez umiejętności zintegrowania pracy gałek ocznych z ułożeniem języka i zintegrowaniem tego z oddechem i rozpoznaniem jakiego napięcia mięśni trzeba użyć, żeby zrównoważyć działanie grawitacji, niemożliwe jest trzymanie uniesionej głowy, swobodne poruszanie nią. Jeśli będziemy dzieci próbować wyuczyć tego w sytuacji, gdy to jest jeszcze dla nich niedostępne, to zamiast pomagać – szkodzimy. Zwiększamy spastykę i hiperkinezę. To tak jakby ktoś od nas wymagał umiejętności lewitowania albo latania. Nie pojawi się funkcja, która nie jest możliwa na daną chwilę.
Lekcje, które napisały dzieci, to lekcje uczenia się siebie samych. Integrowania danych o świecie i sobie dostarczanych przez pięć zmysłów i łączenie tego z szóstym zmysłem – czyli z umiejętnością odbierania bodźcow związanych z ruchem i położeniem ciała*.
Żeby móc poruszać głową, albo żeby móc leżeć spokojnie bez konieczności nieustannego mimowolnego poruszania rękoma i nogami potrzebna jest świadomość siebie, umiejętność bycia ciałem.

W tych lekcjach skupiamy się na tej jednej danej nam chwili. Bez myślena o przyszłości. Szukamy tego, co jest możliwe teraz. I zastanawiamy się, jak można to zrobić jeszcze łatwiej. Szukamy lekkości istnienia. Żeby chciało się to zrobić jeszcze raz. Bez lęku, że pojawi się ból, że zwiększy się spastyka. Wiedzę wyniesioną z tych lekcji dzieci pózniej same wykorzystują na swój sposób zgodnie ze swoimi możliwościami i potrzebami. Integrują je i zamieniają w nowe ścieżki ruchów, tworząc nowe nawyki. I to jest ich własne… Dlatego to są lekcje. Lekcje potrzebne im, żeby mogły osiągnąć to, co dla nich jest możliwe w sposób jak najmniej inwazyjny. Ja te lekcje nazywam lekcjami latania. Zdobywaniem informacji o sobie. Odnajdywaniem tego, co już jest możliwe i doskonaleniem, aż pojawi się inna funkcja. Albo kompensacja. Skupianie się na tym co teraz. Dziecko samo będzie wiedziało, co dalej z tym zrobić. Jeśli po drodze ktoś mu tego nie zabierze i nie utrudni.

Nie zawsze możemy pomóc, ale zawsze można zniszczyć to, co już jest. Nie wiem na ile taki rodzaj nauki jest w stanie zmienić to, co pozornie nieodwracalne, ale wiem, że pomaga. I na pewno nie szkodzi. Nie zwiększa spastyki i hiperkinezy, nie umniejsza sposobu w jaki dziecko widzi siebie, nie zadaje bólu, nie odbiera godności. Nie pretenduje do naprawiana, do jakiegokolwiek rehabilitowana, dlatego są to lekcje integracji funkcjonalnej, albo lekcje świadomości poprzez ruch. Uczenie się siebie, żeby móc osiągnąć to, co jest możliwe, a potem zamienić to w coś nowego… Bo nie znamy granic możliwości naszego mózgu – a więc nie znamy granic naszego rozwoju.

*(Odkrycie dokonane w połowie lat 90 dziewiętnastego wieku dokonane przez Sherringtona)


Nauczyciele Metody

Polscy nauczyciele metody: www.feldenkraispolska.org
Profesjonalne kursy metody odbywają się na całym świecie. Są prowadzone przez trenerów. Trwają 4 lata. 680 godzin. Nasze rekomendacje: www.uncommonsensing.com

Powrót
do góry